Pomysł na pracow­nie w Szczecinie i War­szawie zasadzał się na próbie zaangażowania studentów w działanie wspólne. Udało się to różnie, co jednak interesujące, na każdej z tych wystaw można było zauważyć wyraźny odcisk ciała pedagogicz­nego – czy też może jego negatyw.

Uczenie bycia artystą to dosyć ciekawa sprawa. Tak naprawdę trudno powiedzieć, co to ma oznaczać. W zwykłych szkołach ramy nauczania są bardzo sprecyzowane, a w artystycz­nych? Jakiś czas temu, w ramach projektu „Artysta-​zawodowiec” organizowanego przez Fundację Sztuki Pol­skiej ING, jeździłam z grupą innych wykładowców po pol­skich instytucjach artystycz­nych, by dawać młodym adep­tom sztuki bardzo prozaiczne wskazówki jak funkcjonować w zawodzie. Powiedzmy, że była to próba sprowadzenia młodych artystów na ziemię i uświadomienia im, że o karierę trzeba też powalczyć poza pracownią. Żeby żyć ze sztuki, trzeba naprawdę mieć głowę na karku – być całkiem niezłym menedżerem, umieć zdobywać granty, stypen­dia, startować w kon­kur­sach. No i jest jesz­cze sztuka, która jednak rządzi się specyficz­nymi zasadami. Na porządku dzien­nym może być na przykład kradzież, tutaj ładnie nazywana „sztuką zawłaszczenia”. Albo uprzed­miatawianie innych ludzi. W sztuce można dać dziecku broń i zachęcić je do zabawy w małą morderczynię. A później siedzieć wieczorem nad jakimś ministerial­nym for­mularzem i wypisywać dumnie te wyczyny do rubryki „osiągnięcia”. Wariac­two? Zależy jak na to spojrzeć. Może jest właśnie na odwrót: żeby jakoś godzić te sprzeczności, trzeba mieć naprawdę ułożone w głowie. Na tyle, żeby jesz­cze jakoś tego uczyć?

W Polsce dydak­tyka artystyczna zawsze jest w cieniu jakichś „wybit­nych” pracowni, o których się mówi, pisze książki, i które stanowią nie­zmienny punkt odniesienia. Tak było z Kowalnią, pracownią Leona Tarasewicza, Leszka Knaflew­skiego, teraz jest tak z Pracownią Działań Prze­strzen­nych Mirosława Bałki. Dlatego warto zadać pytanie, jak wygląda to w przy­padku pracowni mniej osławionych lub nowych. Dwie wystawy studentów Anety Grzeszykow­skiej – z jej gościnnej Pracowni Obrazu Per­for­matyw­nego na akademii w Szczecinie, zatytułowanej Lista obecności, oraz współprowadzonej razem z Janem Smagą pracowni gościnnej o tej samej nazwie na ASP w War­szawie, która na koniec roku przygotowała pokaz Ciało pedagogiczne – to dobra ku temu okazja.

 
Pracow­nie gościnne mają to do siebie, że z jednej strony funkcjonują na boku głównego programu nauczania, z drugiej – mogą być całkiem niezłą odskocznią od uczel­nianej rutyny. Pomysł na pracow­nie w Szczecinie i War­szawie był w zasadzie podobny i zasadzał się na próbie zaangażowania studentów w działanie wspólne. Udało się to różnie, co jednak interesujące, na każdej z tych wystaw można było zauważyć wyraźny odcisk ciała pedagogicz­nego – czy też może jego negatyw.
 
Zajęcia na akademii w Szczecinie miały głównie charak­ter kon­sul­tacji. Studenci, zafik­sowani na własnych projek­tach, nie dali się wciągnąć w działania wspólne, każdy więc przygotował osobną pracę na zadany temat – autopor­tret. Do przed­stawienia siebie nie można było jednak użyć własnego ciała, konieczny był więc jakiś alter­natywny środek wyrazu – czasem były to ubrania, zdjęte z ciała i ułożone w niedbałą stertę (Nannie Na, Chyba ktoś tu zniknął), czasem cielesnopodobna forma zrobiona z galaretki i prze­znaczona do zjedzenia (Karolina Gołębiowska, Ofiara) albo odbitki z tatuaży zrobionych na ciele chłopaka (Agata Harun, Naklejki).
 
Autopor­tret to temat na swój sposób banalny, ale chyba przez to trudny. Żeby powiedzieć coś o sobie, trzeba wiedzieć co. Wbrew mitologii narosłej wokół młodości, młodzi nie zawsze mają pomysł na siebie. Komunikują, że w ich głowach kłębią się myśli, ale nie mówią jakie. Aniela Wesoły swoje przedstawiła na przykład w formie instalacji z drucików, humorystycz­nie zawieszonych w łazience (jak wiemy, w kiblu często naj­lepiej się myśli…). Inni, zamiast mówić, stawiają na obserwację, jak Paulina Kiew­szyn, która w swoim Sel­for­for­man­sie nagrywała siebie z różnych kamer. A że robiła to w białej prze­strzeni pustej sali, sama ubrana w jedynie w bieliznę i raj­stopy, prze­kaz tej obser­wacji jest dosyć enig­matyczny. Czy można wyciągnąć z niej jakieś wnioski? Na to chyba musi sobie odpowiedzieć sama artystka, jeśli nie teraz, to kiedyś.

Może jednak być i tak, że obser­wacja staje się niemożliwa, bo świat zewnętrzny zaczyna przesłaniać choroba. Tak jest w przy­padku Ber­nadetty Bałękowskiej, autorki dwóch kolaży z serii Zaświetlenie. Kolaże zrobione są z prześwietlonych zdjęć, które pokrywa mlecznobłękitna lub różowawa powłoka. W środku kolaży czai się zdjęcie samej artystki, ale jest przysłonięte, widać jedynie oko. Narząd wzroku umożliwiający pracę, który w przy­padku Bałękowskiej prze­staje działać. To jednak za mało – może zabrzmieć to brutal­nie, ale nawet historia choroby – eks­ploatowanej w sztuce od zawsze – bez puenty czy wniosków jest mało ciekawa.

Wątek prze­pracowywania choroby pojawił się także w pracy Grażyny Moniki Olszew­skiej, która jednak pozwoliła sobie na pewną dawkę humoru. Święto pizzy to zawieszony na ścianie mięsisty obiekt przypominający trochę ulubione danie prekariuszy, a trochę rozognioną ranę. Pracę uzupełnia lecąca w tle spowiedź atopistki: „Zjeść ser ze śmietaną i twarogiem/ Nie strawić./ Obudzić gorącą lawę, przywołać atopową królową./ Zalać się wstydem i piwem, wydrapać sobie resztki zasuszonego naskórka./ Zedrzeć skórę, zjeść ser, wydrapać sobie siebie na nodze./ Zjeść pizzę, nie nie, pizzy nie mogę./ Jasno mam to określone kim jestem i co zjem, a czego nie”. O ludziach mówi się, że są tym, co jedzą, więc jest w tej spo­wiedzi jakaś prawda.
 
Jak na wystawę, gdzie własnego ciała teo­retycz­nie pokazywać nie można, prac związanych z ciałem było całkiem sporo. Katarzyna Tsyn­kiel i Olena Janicka przestawiły siebie za pomocą ciał własnych dzieci – Tsyn­kiel dała swojej córce broń i kazała pozować na morderczynię, wizualizując w ten sposób własne fan­tazje z dzieciństwa. Janicka trójkę swoich dzieci owinęła w cielisty kokon, imitujący mat­czyne łono. Nie zabrakło też prac o seksie i pożądaniu – czasem zwizualizowanym wprost, jak na dwóch fil­mach Wik­torii Radec­kiej i Andrzeja Mary, na których kochan­kowie wymieniają się śliną lub wodzą po swoich ciałach rejestratorem dźwięku; a czasem poprzez erotyzm natury, jak w filmie Ewa Maryji Tulžankovej, inspirowanym wspo­mnieniem jej matki pracującej w ogrodzie. No i nie obyło się bez małych zaskoczeń czy też elementów komicz­nych, bo do takich należy zaliczyć Kolekcję Grzegorza Skor­nego. Skorny to fotograf zafik­sowany na punk­cie wizerunków nagich ciał kobiet, które od lat namiętnie rejestruje, układając je w wymyślne, erotyczne pozy. Na akademii uczy się właściwie hob­bystycz­nie i nie wiem, czy przy­pad­kiem nie funk­cjonuje na niej jako out­sider. Kolaże Skor­nego na dobrą sprawę są bardzo kon­wen­cjonalne, a biorąc pod uwagę trendy intelek­tualne i obyczajowe – także nie­po­prawne politycz­nie. I ta, już uświadomiona przez niego niepoprawność sprawia, że Skorny zaczyna stroić się w piórka awan­gar­dzisty i o swoich pracach pisać następująco: „Kobiece ciało uwikłane jest w narzucone kon­wenanse, stereo­typy oraz idee. W obszarze działań twórczych na tym polu dostrzegam próby zawłaszczania możliwości podej­mowania tego tematu tylko przez kobiety i wobec kobiet. Per­spek­tywa jed­noznacz­nej inter­pretacji sprawia, że proste zdawałoby się zagad­nienie staje się trudne, skom­plikowane i ryzykowne. Czy autor-mężczyzna może tworzyć sztukę używając ciał kobiet? Czy może tworzyć sztukę kobiecą?”. Z mojej per­spek­tywy fotografie Skor­nego to sztuka bardzo męska, a jako amator nagusek, nie jest wcale zepchnięty do jakiejś niszy wykluczonych, ale reprezen­tuje wizualny main­stream, który w mediach głównego nurtu ma się dobrze, a i w świecie sztuki ciągle uchodzi (patrz przy­padek Tade­usza Rolke czy Łodzi Kaliskiej). Rozumiem, że poten­cjalna wizja utraty własnych przy­wilejów może niepokoić pana Skor­nego, ale nie­stety nie jest to dobre paliwo do tworzenia interesującej sztuki. Dla amator­skiej fotografii także nie.
 
Sztam­powe kolaże Skor­nego należały do grupy prac osób, które chyba nie za bardzo odnalazły się w zadanym przez Grzeszykowską temacie i postanowiły po prostu zrobić to, co zwykle. Tak było także w przy­padku Wik­torii Walen­dzik i Natalii Laskow­skiej, których prace można było oglądać na tegorocz­nej edycji Artystycz­nej Podróży Hestii. Walen­dzik upodobała sobie tworzenie rzeźb z przy­pad­kowych obiektów pod­patrzonych w najbliższym otoczeniu lub inter­necie – tym razem padło na tajemniczą formę zobaczoną pod obrusem na stole ban­kietowym w sali średniowiecznej Muzeum Narodowego w Szczecinie. Ta praca może być ciekawa, jednak tylko pod warun­kiem, że dorobimy do niej odpowied­nio głęboką filozofię „pustego znaku”. Laskow­ska z kolei, podob­nie jak na Hestii, postanowiła wywiesić w galerii szmaty symbolizujące problemy życia skłoterskiego. Tym razem jednak pomalowane tkaniny posłużyły jako tło dla filmu Małgorzaty Mycek, w którym przeistacza się ona w dragqueenową piosenkarkę. I tak oto instalacja Laskow­skiej naresz­cie zyskała jakiś sens – jako tło.

Czasem gorzej, czasem lepiej, koniec końców szczecińska Lista obecności została chyba przez wszyst­kich jej uczest­ników zaliczona. Dużo trud­niej mieli studenci z War­szawy, którzy zdecydowali się zagrać według reguł podanych przez Grzeszykowską i Smagę. Na ich polecenie wykonali trzy zdania: fil­mowy dyptyk Działania na ciało pedagogiczne, serię indywidual­nych, krótkich fil­mowych etiud, w których każdy z uczniów wcielał się w innego artystę czy też raczej – odtwarzał jego pracę, oraz pracę z plasteliny.

Dyptyk Działania na ciało pedagogiczne nie­przypad­kowo odsyła do działań KwieKulik. W jego pierw­szej części widzimy ciało Anety Grzeszykow­skiej zamknięte w kar­tonowym pudle. Nie widać go w kadrze. Głowa Grzeszykow­skiej wystaje ponad pudło. W środku zaczynają pojawiać się studenci. Przesłaniają ciało nauczycielki, rozbierają je, smarują mazią, później myją i zakładają ubrania. Jedna ze studen­tek (Anna Rut­kow­ska), w nawiązaniu do prac negatywowych Grzeszykow­skiej, smaruje swoje ciało czarną i białą farbą. Ponieważ film został nakręcony bez dźwięku, na filmie obok widzimy nagranie ze studia montażowego, w którym studenci dogrywali dźwięk.
 
W tekście towarzyszącym wystawie, którego autorem jest Piotr Wesołowski, Działanie na ciało pedagogiczne zostało opisane jako zmaganie z autorytetem. Zajęcia z artystami, którzy są aktywni w sztuce i odnoszą w niej suk­cesy, siłą rzeczy tą konfrontacją z autorytetem są. Jako taki, film ten może być też metaforą nauki na akademii, jej unifikującej natury. Roz­bieranie ciała pedagogicz­nego, smarowanie go, przesłanianie, dekapitacja – to jasny komunikat „teraz my”.
 
Po sym­bolicz­nym zawłaszczeniu ciała nauczycielki studenci zabrali się za całkiem literalne zawłaszczanie dorobku innych. Każdy z nich miał wybrać artystę, z którym może się zindetyfikować i wykonać jego pracę. Filmową serię sym­bolicz­nie otwierała praca Tomka Pasz­kowicza, który, patrząc smut­nym wzrokiem na ekran, przyznał, że długo myślał jak wcielić się w swojego mistrza Oskara Dawic­kiego, ale nic z tego nie wyszło. I płacząco przeprosił swoich nauczycieli oraz koleżanki i kolegów z pracowni, że zawiódł. Po czym następowała seria innych wcieleń: Adam Kozicki kapital­nie wcielił się w Cezarego Bodzanow­skiego, Piotr Wesołowski wykreował mroczną pracę w duchu Alek­san­dry Polisiewicz, Klaudia Skuza wcieliła się w Adama Rzepec­kiego, Anna Rut­kow­ska weszła w skórę wiel­kiej, lecz nieistniejącej klasyczki per­for­mansu, Marii Klas­sen­berg. Wresz­cie, znalazła się i złodziejka twórczości Grzeszykow­skiej, czyli Agata Słowak, która w pracy Nagoative Goats prze­malowuje swoje ciało, chodząc wśród kozłów.
 
Trzecie zadanie, teo­retycz­nie nie­winne, także było na swój sposób prze­wrotne: gdy studenci wresz­cie dostali zielone światło do opowiedzenia o sobie tak jak sami chcą, materiałem miała być plastelina. Materiał infan­tylny, kojarzący się ze szkołą i zajęciami z plastyki na elemen­tar­nym poziomie. Można z niego zrobić quasi-​obrazy, przypominające trochę malar­stwo słoni lub szym­pansów (Kamila Walen­dykiewicz), ulepić szczękę ojca (Antoni Lisow­ski) lub zabawne stworki nawiązujące do motywów z twórczości własnej (Agata Słowak). Zadanie nie wszyst­kim się spodobało. Ze swojej plasteliny Piotr Wesołowski zrobił tablicę, na którą nakleił antyplastelinowy manifest: „Pamiętam, że jako dziecko nie lubiłem się nią »bawić«. (…) Plastyczność, plastyka, artysta plastyk, ZPAP, itp. również mogą nie zachęcać”. A jednak plastelina jako materiał okazała się na tyle inspirująca, że zachęciła go do stworzenia drugiej pracy – plastelinowego słupka z wynikami wyborów do par­lamentu europej­skiego, zatytułowanego wymow­nie Co się da z tego ulepić?. Na odrobinę humoru pozwolił sobie także Tomek Pasz­kowicz, który za pomocą plasteliny zwizualizował marzenia białego faceta: siebie patrzącego na płonącą beczkę ropy (JAK BĘDĘ DUŻY TO BĘDĘ BOGATY). Anna Rut­kow­ska postanowiła zorganizować kon­kurs kon­struk­cji plastelinowych im. Mirosława Bałki, do którego zaprosiła kolegów i koleżanki z pracowni. To już druga edycja tego kon­kursu – pierw­szy został zor­ganizowany trzy lata temu. W tytule kon­kursu zawarta jest kąśliwość, nawiązanie do faktu, że tylko studenci Bałki są zauważani i doceniani – np. w kon­kur­sie Hestii. A z pracowni Grzeszykow­skiej i Smagi na Hestię nie dostał się nikt – jak widać, siła ich autorytetu jesz­cze nie przekłada się na decyzje jury.
 
Ciało pedagogiczne jako wystawa jest pod wieloma względami prezentacją dużo ciekawszą niż Lista obecności. Wystawa w War­szawie ma w końcu wyrazisty kon­cept, jest w niej także sporo dwuznaczności. Na dobrą sprawę trudno powiedzieć, czyjego jest autor­stwa. Studentów Grzeszykow­skiej i Smagi – czy tych ostat­nich, którzy spryt­nie prze­chwycili prace młodych? Nie bez znaczenia jest tu fakt, że Ciało pedagogiczne zostało pokazane nie tylko na Wydziale Malar­stwa, ale i w Rastrze – na piętrze galerii trwała właśnie wystawa fotografii Grzeszykow­skiej, bardzo efek­tow­nej i niepokojącej serii Mama, przedstawiających jej córkę działającą na rzeźbie-lalce, silikonowej Anecie. Prace studentów, zawłaszczające ciało Anety i innych artystów, wydają się być przedłużeniem jej własnej wystawy. W tym kontekście studenci ze Szczecina byli w dużo bar­dziej kom­for­towej sytuacji – odmawiając współpracy z nauczycielką, skupili się na sobie i koniec końców mogli też o sobie więcej powiedzieć. Inna sprawa, że najczęściej nie wiedzieli co, a i w ich pracach czuć było czasem wpływ Grzeszykow­skiej. W War­szawie z kolei zawłaszczenie odbyło się na sprecyzowanych warun­kach i w celach krytycz­nych. Pozostaje mieć nadzieję, że uczestniczącym w tej zabawie studen­tom wyj­dzie to na dobre. Bo żeby robić takie rzeczy, trzeba być chyba trochę prze­mocow­cem. Prze­mocow­cem wobec siebie i innych.

 


Metoda negatywu. Pracownie Obrazu Performatywnego w Szczecinie i Warszawie

Recenzja wystawy "Ciało Pedagogiczne", tekst Karolina Plinta dla magazynu "Szum".